Co zjeść w Queensland w Australii?

Warto odwiedzić tropikalny stan Queensland (znajdujący się w Australii) i skosztować tutejszej, lokalnej kuchni

W Australii wszystko jest do góry nogami, nawet tropiki leżą na północy zamiast na południu. Stan Queensland to tropikalny raj, ale jak to z reguły bywa – z małym „ale”. To za sprawą tutejszej fauny – najbardziej jadowitych węży i pająków na świecie, krokodyli, kolczastych płaszczek i rekinów. Miasto Cairns nazywane jest bramą do Wielkiej Rafy Koralowej – jednego z siedmiu cudów natury i największego żywego organizmu na naszej planecie. Należy wiedzieć, że jest to jedyna organiczna struktura widoczna z kosmosu. Długi na 2300 km ekosystem zbudowany z 600 gatunków miękkiego i twardego koralowca jest schronieniem dla niezliczonej ilości zwierząt i roślin.

Warto wiedzieć, że australijski tradycjonalista zje na śniadanie pełne błonnika „weet-bix” (płatki śniadaniowe w postaci prostokątnych ciastek) z mlekiem lub tosta z pastą „vegemite” obfitującą w witaminy, ale już niekoniecznie w wybitny smak. W tropikalnej Australii najlepsze o poranku są jednak naleśniki i placuszki w Helga’s Pancake House. Tubylcy polecają kawę w Sing Sing, gdzie możemy też skosztować kanapek z łososiem i „avo on sourdough”, czyli „instagramowej” kanapki z awokado na chlebie pieczonym na zakwasie. Ten owoc ma w tym państwie wyjątkowo dobry smak i wysoką jakość. Jeśli znów wolimy tylko małe słodkie co nieco, to już od rana przez cały dzień możemy przekąsić delikatne „friands”. Te francuskie z pochodzenia, małe migdałowe wypieki Australijczycy zupełnie zaanektowali do swojej kuchni. Robią je bardzo często z dodatkiem owoców, na północy najchętniej tropikalnych.

Warto zrobić sobie wycieczkę na rafę Michaelmas, położoną 40 km od wybrzeża. Wystarczy zanurkować z rurką i już oszałamia nas barwami i kształtami jedna z najpiękniejszych raf koralowych na świecie. Największą atrakcją jest spotkanie z żółwiami.

Należy też wiedzieć, że „bush tucker” jest zbiorczym określeniem autonomicznych produktów jadanych od setek lat przez australijskich rdzennych mieszkańców. Mięsne przysmaki to emu, kangur i krokodyl. Przed brytyjską kolonizacją Aborygeni żywili się przede wszystkim zbieranymi w dziczy owocami, korzonkami, „witchetty grubs” (grubymi larwami ciem) i okazjonalnie mięsem – najczęściej wielkich jaszczurek goanna. Mąka, cukier i alkohol spowodowały wielkie szkody w ich populacji (wręcz epidemię otyłości i alkoholizmu), na równi z przyniesionymi przez europejskich osiedleców ospą, odrą i gruźlicą. Aby skosztować współczesnego „bush tucker”, warto zamówić w restauracji Dundee’s (nazwa pochodzi od australijskiego filmu „Krokodyl Dundee” z Paulem Hoganem) tzw. „Australian sample plater”, talerz australijskich specjałów. W zestawie znajdują się: kiełbaski z emu, grillowane mięso z ogona krokodyla (białe i smaczne) oraz szaszłyki z kangura (w niektórych regionach jest ich tak dużo, że uznawane są za szkodniki). I jeszcze stek wołowy smażony na kamiennym grillu. Do tego możemy napić się wina z emblematycznej dla australijskiego winiarstwa odmiany „shiraz”. Queensland dumne jest też ze swoich owoców morza. Mają tu wszystko – od krabów z miękką skorupą, przez małże, po homary. Jako przystawkę warto zjeść dwa rodzaje ostryg: z majonezem o smaku wasabi i algami „wakame”. Są bardzo miękkie i delikatne. Do tego „Chardonnay”, mające na antypodach doskonałe warunki. Typowe dla Australii jadalne wodne stwory to: „Moreton Bay bug” („Thenus orientalis”), „Balmain bug” („Ibacus peronii”) i „yabbies” (australijskie raki). Dwa pierwsze to gatunki płaskogłowego homara. Najlepiej zamówić wiaderko różnych „bugs” i krewetek albo „yabbies” w maśle czosnkowym. Bez względu na wybór uczta będzie przednia.

Z Cairns łatwo dostać się do tropikalnych lasów deszczowych, uznawanych za najstarsze na świecie (starsze od Puszczy Amazońskiej). Szczycą się wieloma endemicznymi gatunkami fauny i flory. Możemy je podziwiać, jadąc „Skyrail Rainforest Cableway” – kolejką linową o długości 7,5 km. Wagoniki gondoli suną tuż nad wierzchołkami drzew, a podróż w obie strony zajmuje aż 4 godziny czasu. Queensland to jedno z niewielu miejsc w Australii, gdzie możemy przytulić koalę. W innych stanach z reguły możliwe jest tylko zdjęcie z torbaczem (żaden z niego miś, jest bliżej spokrewniony z kangurem niż niedźwiedziem) zawieszonym na drzewie. W Cairns sesje fotograficzne odbywają się w Zoom and Wildlife Dome. Bardzo się tutaj dba, aby zwierzaki się nie przemęczały, i ogranicza liczbę chętnych do fotek. W tym miejscu możemy podziwiać też krokodyle, tropikalne ptaki i inne dzikie zwierzęta Queensland. Krokodyle możemy zobaczyć również w naturze. Okoliczne rzeki okresowo aż się od nich roją, są nawet ostrzegawcze znaki. Na pograniczu lądu i rafy żyją krokodyle różańcowe – największe gady i jedne z najniebezpieczniejszych drapieżników na świecie.

W drodze do przylądka Cape Tribulation natkniemy się na siedzibę firmy Ice Cream Company, specjalizującej się w produkcji lodów o takich niezwykłych smakach, jak „black sapote” (persymona o czekoladowym miąższu) czy prażony „wattleseed” („wattle” to gatunek akacji figurujący w herbie Australii). Lonely Planet uznało to miejsce za najpiękniej położoną lodziarnię na świecie. Wokół niej rozciągają się plantacje tropikalnych roślin, których świeżo zerwane owoce używane są do wyrobu lodów. Nazwy są egzotyczne: „rollinia”, „abiu”, „marang”, „breadfruit”, „sapodilla” i „malay apple”, ale i bardzie znane jak „maracuja”, „carambola”, „mangosteen” czy „dragon fruit”. Nadmorskie Cardwell słynie z „mudcrabs” („Scylla serrata” – czarne kraby). Serwują tu na każdym kroku sandwicze („sangas”, jak mówią Australijczycy) z mięsem tego skorupiaka. To znakomity prowiant na wycieczkę, który możemy kupić na przykład w Seaview Deli Cafe. Należy wiedzieć, że w Queensland nie da się hodować winorośli, ale tubylcy rekompensują sobie tę niedogodność, robiąc wina i likiery z owoców tropikalnych. Dobrymi miejscami na ich degustację są Murdering Point Winery i Golden Drop Mango Winery. Ta ostatnia ma plantację 17500 mangowców, których plony przetwarzane są na trunki. Na północy jest też wiele browarów – bardzo popularne są piwa z Northern Breweries. Natomiast wielbicielom napitków bez alkoholu stan oferuje znakomite gazowane napoje firmy Bundaberg na bazie naturalnych ekstraktów i soków owocowych.

Nie ma chyba ważniejszego symbolu australijskich kulinariów niż barbecue, czule nazywane „barbie”. Australijczycy kochają życie i gotowanie na świeżym powietrzu. Każde domostwo ma „backyard” (przestrzeń z tyłu domu), gdzie obowiązkowo znajdziemy basen, wszystko, co potrzebne do grlillowania, i duży stół. Sporo jest też publicznych miejsc na grilla, często zlokalizowanych na plaży.

Warto popłynąć promem na wyspę Fitzroy noszącą przydomek „miniparadise”. Atrakcji jest tutaj co nie miara. Można uprawiać „paddle boarding”, „snorkeling”, pływać na kajakach lub łodką z przezroczystym dnem. Znajdują się tu: niewielki ośrodek turystyczny, jeden sklep z mydłem i powidłem („general store”), restauracja w buszu, tropikalny ogród i wylęgarnia żółwi, którą może odwiedzić 10 osób dziennie. Wyspa Fitzroy słynie z Nudey Beach – powszechnie uznawanej za jedną z najpiękniejszych plaż Australii. Totalnie dzika, usiana fotogenicznymi kamieniami z wyraźnymi kawałkami koralu zamiast miałkiego piasku. Będąc w pobliży w lesie deszczowym możemy spotkać hałaśliwą, ale a to bardzo inteligentną i ciekawską papugę kakadu żółtoczubą. Ten gatunek jest bardzo żywotny, niektóre osobniki osiągają wiek 100 lat.

I warto wspomnieć o tutejszych tropikalnych koktajlach. Warto polecić elektryzująco zielony „Echo Gecko” – z likierem „Midori” i kiwi. Spróbujmy również najsmakowitszej australijskiej ryby – „barramundi”, w dwóch odsłonach. Jedna jest grillowana, druga panierowana i smażona (przypomina trochę bardziej wyszukaną wersję brytyjskiego „fish and chips”). Do tego warto popić pyszne tasmańskie „Pinot Grigio”. W tutejszym klimacie utrzymanie wymaganej dla białego wina temperatury to nie lada sztuka.